sobota, 23 kwietnia 2016

Ciekawostki o Norwegii. Część IV.

Kolejny wpis z ciekawostkami, z różnych dziedzin norweskiego życia. Niektóre mogą szokować (ta o kazirodztwie na pewno!) ale są też i pozytywne rzeczy, na które warto zwrócić uwagę i je pochwalić. Zaczynamy! :)


# POSTKASSA

Skrzynki pocztowe mieszkańców Bergen (więc pewnie i całej Norwegii ;) ), zwłaszcza tych w dzielnicach oddalonych od centrum, bardzo często skupione są pod takimi daszkami.



Nie wszystkie są porośnięte trawą i drzewkami jak ten, ale generalnie tak to tutaj wygląda - zbiór kilku skrzynek pod stromym daszkiem osłaniającym skrzynki i będącą w nich korespondencję od deszczu. Najczęściej takie daszki stoją u wlotu ślepych uliczek, tak by każdy idący do swojego domu mijając skrzynki, mógł odebrać swoją pocztę. Jest to duże ułatwienie dla listonoszy, którzy roznosząc listy nie muszą wchodzić w każdą uliczkę, podchodzić pod każdy dom, szukają tylko odpowiedniego adresata na skrzynce w takim zbiorczym punkcie i dostarczają list. Bardzo wygodne :) Skrzynki oczywiście są otwarte, tak by listonosz miał do nich dostęp, ale dla nikogo tu nie jest to problem i nikt się nie obawia, że ktoś niepożądany będzie grzebać w ich korespondencji. W kamienicach, blokach i większych budynkach skrzynki są np. na klatkach schodowych a listonosze mają klucze do budynków - tak jak w naszej kamienicy :)

# ŻONY Z IMPORTU

Na ulicach Bergen, znajdziemy mnóstwo par odpowiadających schematowi: starszy pan, Norweg + młodsza (lub duuuuuuużo młodsza) od niego Azjatka ( najczęściej Tajka, Filipinka, Chinka, ... ). Myślę, że Bergen nie jest jakieś wyjątkowe pod tym względem i to zjawisko można zaobserwować jak Norwegia długa i szeroka (w sumie to bardziej długa niż szeroka ;)). Z tego co czytałam i słyszałam tu i tam, Norwegowie bardzo lubują się w podróżach do Tajlandii i innych krajów słynących z seksturystyki. Jest to dla nich nie tylko raj uciech cielesnych i raj baaaaardzo taniego wypoczynku, ale też miejsce, z którego często wracają ze swoją nową, azjatycką żoną. Niekoniecznie pierwszą, najczęściej kolejną, bo głównie dotyczy to starszych, zamożnych panów, rozwodników, których na taką żonę stać.


Co zyskują te dziewczyny? Może i w niektórych przypadkach jest to i miłość (choć szczerze wątpię) - bardziej układ, który pozwala im wyrwać się do lepszego świata i wspomóc finansowo rodzinę, pozostałą w Azji. Niektóre żony z importu są traktowane jak królowe i mają tylko "dobrze służyć" ku uciesze swych mężów, ale jest też drugie dno... Według statystyk, dużą grupę Norwegów zainteresowanych azjatyckimi żonami stanowią panowie z terenów wiejskich, którzy mieli problem znaleźć partnerkę w swoim kraju, która chciałaby osiąść wraz z nimi na gospodarstwie. Traktują więc te swoje azjatyckie żony jako tanią siłę roboczą, wykorzystując fakt, że są one bardzo pracowite, rodzinne i obowiązkowe.

*http://www.mojanorwegia.pl/czytelnia/norwegowie-i-ich-importowane-zony-9281.html

# PRZEDMIOT KAZIRODZTWO W SZKOLE

Nagłówek trochę szokuje więc spieszę wyjaśnić, że w żadnym wypadku kazirodztwo nie jest propagowane w szkołach! Chodzi o rodzaj ostrzeżenia przed jego skutkami. Skąd pomysł na ten przedmiot? Wyjaśnienie leży w historii kraju. Dawniej problem kazirodztwa w Norwegii był dosyć powszechny, a wszystko przez wyspiarsko-górski charakter kraju. Dlaczego? Teraz Norwegia ma dosyć rozwiniętą sieć transportu lotniczego, morskiego i lądowego, ale wcześniej ludzie żyli w małych skupiskach pośród gór, na wyspach nie połączonych mostami ze stałym lądem, na terenach trudno dostępnych. Takie warunki znacznie utrudniały kontakt z ludźmi z innych miejscowości... To wszystko stanowiło barierę w znalezieniu niespokrewnionego partnera seksualnego i prowadziło do dewiacji w postaci stosunków kazirodczych, i w konsekwencji - do mutacji genów i upośledzeń u dzieci narodzonych z takich związków. Zdając sobie sprawę z zagrożeń, norweska oświata wprowadziła do programu szkolnego przedmiot kazirodztwo, który ma na celu te zagrożenia uświadamiać bazując na dość szokujących doświadczeniach z przeszłości Norwegii i chronić przed podobnymi zdarzeniami.

* http://wolna-polska.pl/wiadomosci/norwegia-nauczy-dzieci-kazirodztwa-2014-01

# BARDZO DOBRA ZNAJOMOŚĆ JĘZYKA ANGIELSKIEGO

Mam wrażenie, że niemal każdy Norweg zna angielski i potrafi się nim płynnie posługiwać w mowie. Co najlepsze, wymowa i akcent większości z nich jest nienaganny, prawie jak u rodowitych Anglików ;) Angielski znają osoby starsze, dzieci, ludzie w średnim wieku, młodzi, ... no każdy! Dzięki temu wielu Polaków czy innych emigrantów nie czuje potrzeby nauki języka norweskiego, bo i tak wszędzie i z każdym dogadają się po angielsku. Choć ja i tak uważam, że lepiej uczyć się norweskiego mieszkając tutaj :) Zastanawiałam się w czym tkwi sekret tak dobrej znajomości angielskiego u Norwegów. Na pewno można się tego doszukiwać w pochodzeniu obu języków, bo oboje wywodzą się z rodziny języków germańskich. Wiele słów jest bardzo podobnych, takich samych w pisowni lub różnią sie wymową lub wręcz Norwegowie używają angielskich słów w codziennym jezyku norweskim! Naprawdę ciekawie się tego słucha ;) Drugim powodem może być to, że w Norwegii jest masa imigrantów tylko anglojęzycznych, więc jest z kim ten język praktykować na codzień. Myślę, że udział w tym ma też norweska telewizja publiczna, NRK, która emituje filmy w oryginalnych wersjach językowych (zazwyczaj angielskich), bez lektora, tylko z norweskim tekstem na dole obrazu.



[Mała dygresja: Myślę, że gdyby w naszej polskiej telewizji praktykowano takie rozwiązanie, też moglibyśmy się jako naród pochwalić niezłym poziomem angielskiego ;) Ale my mamy polskiego lektora, który zagłusza oryginalną ścieżkę dźwiękową; nie wiedzieć czemu gdy wspomniałam o tym raz przy Norwegach na språkkaffe w bibliotece (zajęcia językowe) to bardzo ich to rozśmieszyło :-P ]

Nie wiem jak nauka angielskiego wygląda w norweskich szkołach, ale podejrzewam, że sposób nauczania też ma spory udział w osiągnięciu takiej znajomości języka obcego. Powiem tyle - zazdroszczę im tego z jaką łatwością im to przychodzi! :)

# NORSK-TEKSTING W TV 

Czyli wspomniane wcześniej napisy w języku norweskim w telewizjii. Co ciekawe, nie dotyczy to tylko filmów czy programów obcojęzycznych, ale ogólnie wszystkich, nawet norweskich. Nic nowego - powiecie - w Polsce też niektóre seriale czy polskie filmy są wyświetlane z polskimi napisami dla osób niesłyszących. To napewno jest też jeden z powodów występowania tekstingu, ale drugim, myślę że istotniejszym, jest to, że w Norwegii występuje mnóstwo dialektów i dwa standardy jezyka pisanego (pisałam o tym tutaj). Norwescy aktorzy, showmeni, celebryci czy prezenterzy telewizyjni mówią różnymi dialektami i teksting na dole obrazu, zapisany w standarcie bokmål, ma ujednolicić przekaz i sprawić, by nie było problemu ze zrozumieniem, nawet dla Norwegów!

(to print screen z mojego ulubionego norweskiego serialu komediowego "Side om side", oczywiście z tekstingiem! :) )


Mnie osobiście bardzo norweski teksting cieszy, bo dzięki niemu sporo sie uczę gdy oglądam telewizję :) i choć nie zawsze rozumiem ze słuchu to po przeczytaniu transkrypcji to się zmienia i łapię sens, którego nie słyszałam.

Pozdrawiam,
Ania

15 komentarzy:

  1. Nie powinniśmy zapominać, że u nas jeszcze trzy dekady temu język angielski traktowany był bardzo protekcjonalnie w szkołach (standardem w liceach był język rosyjskie i język niemiecki). I standardów nauczania ani podejścia Polaków do nauki języków nie zmieni się tak szybko. Poza tym miałam okazję widzieć jak ostatnio pewne informacje były napisane przez Norweżkę, to na prawdę miałam spore wątpliwości co do jej znajomości języka angielskiego. Myślę, że jest tak, że większość z nich ma bardzo dobrą komunikatywną znajomość języka angielskiego zapominając o strukturach i poprawności. Mam wrażenie, że tendencja na całym świecie idzie w tę stronę, żeby nauczyć się języka, a nie dbać o jego gramatykę. Co bardzo jest widoczne nawet w brytyjskich serialach BBC. W polskich szkoła niestety gro czasu poświęca się na naukę gramatyki i wałkowanie kilkudziesięciu czasów, których większość native speakerów już nie używa. Tak nasza polska rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, u nas naucza się głównie gramatyki, czasów, różnych struktur gramatycznych, a bardzo kuleje ćwiczenie umiejętności speakingu i listeningu, i dlatego u Nas, Polaków, komunikatywność języka angielskiego bardzo kuleje... co z tego że znamy czasy, skomplikowane struktury gramatyczne, umiemy rozwiązywać ćwiczenia gramatyczne jak nie mamy tej swobody mówienia w obcym języku. Tego właśnie Norwegom zazdroszczę. Może i poprawność gramatyczna nie jest ich mocną stroną, ale komunikatywny są jak najbardziej.

      Usuń
  2. Uwielbiam czytać ciekawostki! Zwłaszcza jeśli dotyczą interesującego mnie tematu. :)
    Mam nadzieje, że kiedyś uda mi się zawitać do Norwegii i zobaczyć to wszystko na własne oczy. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O, znowu ciekawy wpis na Twoim blogu. Tej znajomości angielskiego również zazdroszczę Norwegom. Tym bardziej, że mój poziom mnie zawstydza. Myślę, że dostępność języka angielskiego i sposób nauczania jest głównym powodem dlaczego Norwegowie mają taką lekkość w posługiwaniu się angielskim. I oczywiście to, że w telewizji nie ma lektora bardzo ułatwia sprawę. Słuchałam tez audycji radiowej gdzie wypowiadał się ekspert- po angielsku, jego wypowiedź nie była przetłumaczona. Myślę, że to motywuje ludzi żeby się uczyć. Tymczasem my mamy wszystko przetłumaczone. Inna historia to powszechność np. książek do angielsku, w każdej księgarni w Norwegii jest osobna półka z literaturą po angielsku i ceny tych książek nie są dwa razy droższe (tak jak w Polsce). Na kursie norweskiego nauczycielka mówiła nam, że to że Norweg przechodzi na angielski gdy tylko wyczuje, że jestes obcokrajowcem wynika z faktu, że chce pocwiczyć mówienie po angielsku. Tymczasem wydaje mi się, że w Polsce ludzie niechętnie przyznają się , że mówią po angielsku bo maja z tyłu głowy, że robią błędy i źle stosują czasy. I tu kłania się nasz nacisk i zaczynania nauki języka obcego od zasad gramatycznych. Ja widziałam, że dzieci w mojej rodzinie goszczącej mają prace domowe z angielskiego: napisanie trudnych słówek z angielskiego i powieszenie ich w widocznym miejscu. Z tygodnia na tydzień lista się zmienia.

    Co do azjatyckich żon. Poznałam bardzo dużo Filipinek tu w Norwegii i sytuacja większości z nich jest bardzo smutna. Te, które poznałam są bardzo obowiązkowe i biorą na siebie o wiele za dużo obowiązków niż potrzeba. Mówię, w kontekście pracy jako au pair. Rodziny do których trafiają celowo dobierają sobie Filipinki, które traktowane są jak tania siła robocza. One nie domagają się nadgodzin a jeszcze pół kieszonkowych wysyłają rodzinie na Filipinach. Ostatnio rozmawiałam z taką, której rodzina powiedziała, że nie zapłaci za kurs językowy mimo, że to jest napisane w kontrakcie. Wszystkie dziewczyny, które poznałam usilnie szukają męża bo to sposób żeby zostać tu na stałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wartościowy komentarz :) dodałaś kolejne czynniki, dzięki którym można wytłumaczyć tę ich swobodę w posługiwaniu się angielskim. Mi też z jednej strony wydaje się że Norweg przechodzi na angielski w rozmowie dla swojej korzyści (by go poćwiczyć), choć z drugiej strony może to być podyktowane koniecznością (jeśli norweski rozmówcy jest niekomunikatywny i utrudnia zrozumienie).

      To smutne co piszesz o znajomych Filipinkach, ale tak sobie myślę że ta sytuacja wzajemnie się nakręca - dziewczyny są gotowe pracować ciężej, więcej byle tylko dostać szansę tu osiąść na stałe (bo to szansa na lepsze życie), więc zawsze znajdą się ludzie chcący to wykorzystać, skoro one same nie widzą w tym nic złego i są skłonne to zaakceptować skoro to cena tego lepszego życia...

      Usuń
  4. no proszę o tym kazirodztwie nie słyszałam! za to śluby z Filipinkami i innymi Azjatkami to nic nowego- czytałam gdzieś ostatnio że wiele kobiet w takich związkach jest traktowana jak niewolnice i dosłownie gwałcone...na kursie mam teraz jedną Filipinkę która sama powiedziała, że jej ślub z Norwegiem był zaaranżowany. Nie wiem czy go kocha i czy jest szczęśliwa ale bardziej pasuje mi do tej gruby wywyższanych i traktowanych jak księżniczki ( i strasznie nie lubię z nią pracować w parze bo inteligencją nie grzeszy niestety xD)
    postkassy oczywiście i w Oslo są- na obrzeżach miasta też widziałam takie słodkie budki:) w centrum tam gdzie są domki- są takie zwykłe drewniane z daszkami ale bez trawki:)
    my mamy swoją na płocie jak w Polsce:)
    A ten angielski- też o tym pisałam- jak do tej pory spotkałam jedną Norweżkę która nie mówiła po angielsku- kiedyś z 9 latkiem spokojnie się dogadałam:) ale ta ich znajomość języka nie idzie chyba tylko w parze dobrym sposobem nauczania. To jest trochę jak z rosyjskim- moja mama mi mówiła że to tak podobny język do naszego że po wielu latach od skończenia szkoły potrafiłaby się dogadać- tak samo angielski jest w dużym stopniu podobny do norweskiego (nie licząc może samej wymowy- i dlatego łatwo im "wchodzi" do głowy- w każdym razie pamietam ze zaimponowała mi tak duża znajomość angielskiego wśrod norwegów i wstydziłam się, ze większość naszych rodaków nie potrafi się dogadać w żadnym języku... a na koniec- jak miałam norsk tv też uwielbiałam teksting:) sporo się dzięki niemu nauczyłam! czekam na kolejne notki o tym naszym drugim domu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też kiedyś raz dogadałam się po angielsku z dzieciakiem na oko 8 lat i byłam w ciężkim szoku z jaką łatwością mu to przyszło :D aż mnie zawstydził bo ja w jego wieku to z angielskiego znałam chyba tylko słówka podstawowe, wkute na pamięć xD

      Usuń
  5. zgadzam się, kolejny ciekawy wpis- chętnie sprawdzę Twój ulubiony serial, ja osobiście polecam "Alle Sammen" :) Zawsze mnie rozśmiesza, fajnie widzieć i słyszeć tam rodaczkę Pamele :) no i też się uczę!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę sprawdzić w takim razie "Alle sammen" :) aaa, w "Side om side" w jednym z odcinków też jest nasza polska aktorka ;)

      Usuń
  6. Właśnie przeczytałem na "Mojej Norwegii" o tym, co szokuje rodaków po odwiedzeniu tego kraju np. inny sposób robienia kanapek, zaufanie m.in. otwarte skrzynki, automaty do monet itd :) u Ciebie jest jednak znacznie ciekawej :) Zastanawia mnie tylko, dlaczego przeglądając ogłoszenia pracy, bardzo często widzi się, że wymagają bardzo dobrej znajomości norweskiego, nawet w prostych pracach. Oczywiście rozumiem, że faworyzują swoich rodaków, to naturalne, ale z drugiej strony, skoro wszyscy mówią biegle po angielsku, to mogliby dopisywać "lub angielskiego" :). Ł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też widziałam tamten artykuł na MN ;)
      do prostych prac angielski wystarczy, i wiele osób bez znajomości norweskiego pracuje, ale w ostatnich latach konkurencja na norweskim rynku pracy zrobiła się tak duża, że w oficjalnych ogłoszeniach zazwyczaj widnieje wymóg norweskiego - teraz raczej każdy kto chce tu pracować musi tego języka trochę podłapać.

      Usuń
  7. Do ciekawostek mozna jeszcze zaliczyc to,że każdy Norweg(lepiej lub gorzej)potrafi robić na drutach. Dzięki równouprawnieniu na lekcjach z zajęć praca-technika wszyscy uczą się zarówno dziergania,ale też, jak to ładnie określiła znajoma Norweżka- wywalania futryn.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie rzuciły Wam się w oczy przypadkiem kamienie na kominach? Odkąd przyjechałam do Bergen zastanawiam się, dlaczego ludzie je tam umieszczają. Do autorki bloga: Aniu myślałaś nad wpisem o ciekawostkach kulinarnych Norwegii? Fiskepudding, brunost i te sprawy ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie zwróciłam uwagi na kamienie, też jestem ciekawa o co chodzi ;)
    Tak, tak, o brunoście szykuje się osobny post w przyszłości :)

    OdpowiedzUsuń