sobota, 2 lipca 2016

# TAKA SYTUACJA. Barnehage - Przedszkole. Część I.


Tym wpisem zapoczątkowuję serię # TAKA SYTUACJA, w zamyśle mającą być zbiorem anegdotek, zdarzeń, które przydarzają lub przydarzyły mi się w Norwegii - w pracy, sklepie, autobusie, na przystanku, w górach czy na ulicy albo u lekarza. Postaram się jak najwięcej sobie przypomnieć z tych, które się już zdarzyły ale mam nadzieję, że na bieżąco będzie dziać sie coś ciekawego, co będę mogła opisać ;-) niektóre wpisy, jak ten pierwszy, będą opatrzone wstępem, a jeśli będę nawiązywać do sytuacji podobnej / w tym samym miejscu/ lub jakkolwiek inaczej powiązanej, wstępu postaram się uniknąć:-) chciałabym, żeby akurat te wpisy nie były zbyt długie, bo wiem, że niektórych może odstraszać to, że moje posty są obszerne :-P ciężko mi idzie ograniczanie się ale w tej serii się postaram :)  Zaczynam wpisem przedszkolnym...


(A to jest wstęp który po prostu musi sie tu znaleźć jako wprowadzenie do historii. Wybaczcie. Krócej nie umiem!)

Myślałam, że progu przedszkola nie przekroczę, dopóki nie poślę do niego w przyszłości swoich dzieci. Los jednak lubi płatać różne figle ;-) i w tamtym roku miałam okazję przez parę dni pracować jako asystentka w przedszkolu w Bergen.

Nie wchodząc za bardzo w szczegóły - by zostać asystentem przedszkolnym (barnehageassistent) w Norwegii nie trzeba mieć ukończonych studiów pedagogicznych. Wystarczy, że ma się dobre podejście do dzieci, dobrze się w takim zajęciu odnajduje, jest się odpowiedzialnym, lubi dzieci, i chce w ten sposób pracować. Wymagania, które spełnia 50 % populacji, prawie jak praca dla każdego :P Oferty pracy jako asystent przedszkolny pojawiają się dosyć często (choć zazwyczaj są to tylko vikar'iaty - zastępstwa), a wymagania językowe nie są zbyt wygórowane! Często przyjmowani są do takiej pracy właśnie imigranci, bardzo często Polki decydują się na taką karierę i świetnie sobie radzą :-) dzieci posługują się prostym językiem, dlatego poziom A2-B1 języka norweskiego takiego asystenta powinien w teorii wystarczyć. W praktyce wygląda to trochę inaczej. A przynajmniej tak wyglądało w moim przypadku :-P

mianowicie - małe dzieci seplenią, używają swoich dziecinnych zwrotów, a gdy mówisz po norwesku z obcym akcentem, często nie rozumieją o co ci chodzi i się ciebie boją albo ignorują. No i nie można w razie kryzysowego niezrozumienia przejść z nimi na angielski bo go nie znają (jeszcze, choć bestyjki szybko się uczą). Z tych, i innych też powodów, moja kariera w przedszkolu nie trwała zbyt długo :-P Ale przez te kilka dni doświadczyłam kilku ciekawych zdarzeń :-)

 (I już po wstępie. Teraz zaczyna się wpis właściwy ;) )

# TAKA SYTUACJA:

MER FART!

Pierwszy dzień pracy, pogoda taka sobie, zimno i lekko pada, ale to nie powód by cały dzień siedzieć w murach przedszkola. Przeciwnie, wtedy dzieci przebywają większość dnia na zewnątrz, by się zahartować. Dostałam polecenie by przygotować grupę do wyjścia na przedszkolny plac zabaw - czyli pomóc im w ubraniu gumiaków i specjalnych kombinezonów przeciwdeszczowych. Już wtedy, słysząc głosy dzieci, byłam zestresowana, bo prawie nic nie rozumiałam z tego co mi mówiły... A one widząc że tak jest, były nieufne i czułam, że ich sympatii nie zaskarbię jak czegoś nie wymyślę. Wyszliśmy na plac zabaw, dzieci zaczęły bawić się same, a to w piaskownicy, na domku z drabinkami i mostkami czy huśtawkach. Ale trzeba ich pilnować i być w pobliżu. Najchętniej bym uciekła z tego przedszkola jak najdalej :-P ale postanowiłam dołączyć do grupy dzieci na huśtawkach, i stałam obok przyglądając się ich zabawie i próbując zrozumieć ich rozmowy. Wtedy zaczęły się okrzyki skierowane do mnie, które (na szczęście) zrozumiałam, a mianowicie "mer fart" (więcej szybkości) i zaczęłam malców, zgodnie z prośbą, rozhuśtywać do większej wysokości. Ustawiłam się idealnie, teraz każde dziecko chciało by mu pomóc i mnie polubiły bo dzięki mnie huśtały się wysoko nie musząc się męczyć ;-) potem dowiedziałam się, że inne opiekunki rzadko to robią, bo chcą by dzieci bawiły się samodzielnie. Ja w każdym razie miałam spokój na resztę dnia z główkowaniem "co dzieci ode mnie chcą i co do nich mówić" bo nasz dialog opierał głównie na zdaniach:
"Vil du ha mer fart?" (chcesz większej prędkości?) - to ja
"Ja, ja, stor fart!" ( tak, większa prędkość!!) - to one, za każdym razem chciały :-D

Uff, przeżyłam pierwszy dzień w przedszkolu dzięki huśtawkom:-)

3 komentarze:

  1. Fajnie, że opisujesz takie przygody, bo ja zaczynam w przedszkolu od sierpnia i trochę mnie stres łapie. Wrzuć jeszcze jakieś ciekawostki z przedszkola, bo ja nie mam kontaktu z osobami, które tam pracowały i nie mam pojęcia jak to wygląda. Chciałabym tak zwyczajnie dostać pracę, ale chyba w tym roku jest bardzo trudno, bo ja mimo pozdawanych egzaminów na B2 znalazłam tylko wolontariat + ringevikar (w tym samym przedszkolu). Ale dyrekcja przemiła i powiedziała mi na rozmowie kwalifikacyjnej, że jak będę sobie radzić, to mnie zatrudni na stałe. No i wiesz ... 500 metrów od domu do miejsca pracy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam w przedszkolu łącznie 4 dni, ale coś tam jeszcze się dowiedziałam i zobaczyłam, więc opiszę ;) Dobrze, że gdzieś zaczynasz, w ten sposób się najszybciej zahaczysz gdzieś na stał i zdobędziesz cenne doświadczenie!

      Usuń
  2. Uważam, że bardzo dobrze sobie poradziłaś! Słyszałam, że najważniejsze to właśnie bawić się z dziećmi.

    OdpowiedzUsuń