środa, 31 sierpnia 2016

# TAKA SYTUACJA. Hos legen - U lekarza. Część I.


Pamiętacie poprzednie posty z serii # taka sytuacja? Tu i tu :) Dotyczyły moich doświadczeń z norweskim przedszkolem. Okazuje się, że ciekawych doświadczeń można doznać też w norweskiej przychodni lekarskiej...


GOD BEDRING!

Na początku tego roku dorwał nas paskudny wirus. Zapewne grypy, choć kto wie co to tak naprawdę było? Rozłożył najpierw mnie w przeciągu jednego wieczoru, a za 2 dni zaatakował J. Uwierzcie, nigdy, w calusieńkim 27letnim życiu, nie przechodziliśmy choroby tak ciężko jak wtedy. Okropny i niekończący się katar, kaszel gruźlika, do tego niewyobrażalny, koszmarny, tragiczny wprost BÓL głowy - taki, że przy najmniejszym ruchu czacha eskplodowała. No i do tego zawroty głowy, ogólne osłabienie (nie, to słabe określenie - skrajne wycieńczenie), brak apetytu....aa no i byłabym zapomniała - i kłopoty ze snem. Nie przesadzę stwierdzając, że byliśmy zdolni tylko do leżenia na łóżku i mrugania oczami, choć i to przychodziło nam z trudem. Na dodatek zostaliśmy z chorobą całkiem sami. Leżeliśmy więc sobie mało radośnie w łóżku i myśleliśmy, że taki będzie nasz smutny koniec. W końcu obie czachy eksplodują z bólu ostatni raz i nie będzie co zbierać - myśleliśmy.

Ten stan trwał 2 dni, a jako że sytuacja nie wyjaśniła się w żadną stronę (nadal żyliśmy ale dolegliwości pozostały i nie zmniejszyły się wcale), wykonałam zadanie ponad siły i zadzwoniłam umówić nas do lekarzy (jako że ja i J. Mamy innych lekarzy rodzinnych, w innych przychodniach- ale położonych blisko siebie). Telefon to było jednak nic w porównaniu do tego, co czekało nas potem. Jak tam kurczę do tych przychodni dojść?! Do samego ubrania się wykonałam z 6 podejść, bo przy każdej próbie wstania z łóżka czułam się jak po zejściu z karuzeli. Przygotowanie się do wyjścia z domu, dojście na przystanek i podróż autobusem pamiętam jak drogę przez mękę. Tak samo jak siedzenie w poczekalni przed lekarskim gabinetem.

W końcu zostałam poproszona, wtoczyłam się tam z błędnym wzrokiem i wychrypiałam, że jestem chora, nie mam pojęcia co mi jest ale że nie czułam się tak okropnie nigdy w życiu i potrzebuję ratunku, jakiegoś silnego leku by z tego wyjść. Lekarz, swoją drogą wcale nie rodowity Norweg, pokiwał głową i stwierdził, że by wiedzieć co mi jest, wykona test - pobranie krwi z palca i on za chwile będzie wiedział co we mnie siedzi i jak mnie leczyć. Mimo wycieńczenia, pamiętam że dotarła do mnie pocieszająca myśl, że pan doktor nie będzie leczył mnie na oślep i da mi coś, co mi pomoże. Z tą myślą dałam się pokłóć i czekałam na wynik badania. Diagnoza : " to wirus, a nie bakteria, więc nie dostaniesz antybiotyku. Zostaniesz parę dni w domu i przejdzie samo, tak jak przyszlo."

Co?

To ja przytargałam tu tyłek, co bylo dla mnie w tym stanie wyprawą jak na Mount Everest (i to w bergeńskim deszczu!) a tu się okazuje, że lepiej bym zrobiła gdybym została w domu? Zbuntowałam się i mówię sympatycznemu lekarzowi, że przecież ja myślę że umieram prawie, kaszlę tak, że płuca wypluwam za każdym razem a głowa to mnie tak nap... Boli, że to przecież niemożliwe że to samo zniknie. Pana doktora chyba nie przekonałam, ale chyba chciał żebym dała mu spokój, więc poszedł na ustępstwo i wypisał mi receptę na... Ibux. Taki nasz ibuprom. (swoją drogą mamy cały zapas tego typu leków z Polski i je łykaliśmy ale nic nie pomagały. Ale to szczegół.) No i szczodrze dorzucił jeszcze syrop wykrztuśny, z zaleceniem zażywania 3 razy dziennie. W tym na noc. Chyba żebym te płuca już całkiem na dobre wypluła przez sen....

Wytoczyłam się z gabinetu i prawie płaczę do J. Że walkę z wirusem to już napewno przegram bo "nic" od lekarza nie dostałam. J. Odpowiada dzielnie: spokojnie, może Twój lekarz Ali Baba jakiś taki oporny i został lekarzem, bo wszystkie budki z kebabem już były obstawione. A mój lekarz potraktuje mnie inaczej, poważniej, i dostanę jakiś konkretny lek to się nim podzielimy czy jak. Zobaczysz.

W tej nadziei zmieniliśmy przychodnię i poczekalnię.

U lekarki J., miłej Norweżki, procedura ta sama. Strzał z palca, diagnoza wirus i prorocze słowa.

"Przejdzie samo."

J. Zdezorientowany.

"Ale to ja żadnego leku nie dostanę, nic, naprawdę?

"Nie."

"A to może chociaż zwolnienie lekarskie z pracy?"

"A no tak tak, ja ja, oczywiście, selvfølgelig. Bo teraz to tylko odpoczywaj, bare hvile, i pij herbatę z cytryną, drikke te med sitron. I dużo wody! Og masse vann! GOD BEDRING!"

Byliśmy zbyt osłabieni by rozpoznać czy w życzeniach powrotu do zdrowia czaił się ironiczny żart...

8 komentarzy:

  1. Hmm czyli odwracając sytuację gdyby przeciętny Norweg pochorował się będąc w Polsce i na takie ostrzejsze przeziębienie dostałby kilka leków (bo antybiotyk, bo na gardło coś, na kaszel osobno i jeszcze jakaś witamina a może i maść) to jest prawdopodobieństwo, że mógłby pomyśleć, że umiera? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, podoba mi się Twój sposób myślenia! Bardzo możliwe że w takiej sytuacji przeciętny Norweg mógłby zacząć się bać xD

      Usuń
  2. Potraktowali Was standardowo. Cieszyć się tylko, że nie zapisali antybiotyku na wirus. W Polsce na byle przeziębienie, czy zapalenie gardła antybiotyk dają. Tu w Norwegii organizm walczy sam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz to już wiem ;) swoją drogą rzeczywiście samo nam przeszło, choć trwało to ponad 2 tygodnie... ale wtedy zderzenie norweskich realiów z tym co dzieje się w polskim gabinecie lekarskim było szokujące dla mnie ;)

      Usuń
  3. dzięki Bogu (a raczej norweskiemu klimatowi) praktycznie nigdy nie choruję- tzn raz w roku i to zawsze w okresie po powrocie z wakacji- czyli teraz oto jestem chora choć już prawie zdrowa:)
    nie mam doświadczenia z norweskimi lekarzami i A na szczęście też nie ale słyszałam że oni tutaj faktycznie na większość dolegliwości biorą paracet i czekają aż przejdzie a do lekarza idą tylko po zwolnienie. Mi się wydaje że to dobrze że lekarze nie wciskają tak leków (wieem umieraliście i chcieliście żeby coś wam szybko pomogło)- pamiętam moje ostatnie doświadczenia z polską służbą zdrowia jak to dopadło mnie coś i nikt nie sprawdzał czy to wirus czy bakteria, lekarka za to zaczęła testować na mnie antybiotyki...a ja miałam 5 razy w ciągu doby "napady"- najpierw dreszcze straszne a potem fale gorąca i spanie i tak w kółko- 4 dni brania antybiotyku i nic (diagnozy też nie postawili- "jakis rodzaj przeziębienia chyba"), gdy przyszłam a kontrol i mąż tej pani doktor kazał mi wybrać jednego dnia pozostałe 4 tabletki antybiotyku (można było max 2) po to aby od rana zacząć przyjmować nowy, który mi zaraz przepisze i który miejmy nadzieję tym razem zadziała-powiedziałam dziękuję, receptę wyrzuciłam do kosza, te 4 ostatnie tabletki też, kupiłam fervex i po 2 dniach doszłam do siebie...
    jaki z tego wniosek? nie chorować moja droga, nie chorować:):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na mnie też norweski klimat tak działa że dużo rzadziej łapię przeziębienie niż w Polsce, dlatego gdy dopadło nas to choróbsko, nie wiedziałam co się dzieje i myślałam że lekarz coś poradzi. w sumie cieszę się że obyło się bez leków i antybiotyków przepisywanych na oślep, szczerze powiem że doceniam i widzę zalety ich systemu bo organizm rzeczywiście sam jest w stanie sobie poradzić, a w Polsce miałam podobne doświadczenia jak Twoje z antybiotykami przepisywanymi na oślep i więcej to szkody przyniosło niż pożytku. w historii po prostu chciałam przedstawić kontrast polskiego myślenia "idę do lekarza po antybiotyk i najlepiej to sama powiem lekarzowi jaki ma mi przepisać" a tutejszego nastawienia "samo przejdzie i pij wodę".
      PS. oczywiście że najlepiej to by było nie chorować, czego i Tobie życzę! ;)

      Usuń
  4. Ja po raz pierwszy spotkałam się z takim podejściem pół roku temu. Dzieci smarkające, kaszlące z ponad 39 stopni gorączki zostawia się na tydzień w domu, żeby się wychorowały. Najlepsze lekarstwo? Woda. Wodę się pije i wysikuje chorobę. Nie wiedzieliście? Po 7 dniach jak dzieciak se nie wychorował to jednak idzie się do lekarza,ale tam często gęsto rodzice proszą żeby antybiotyku nie dawać. My przy Norwegach jesteśmy społeczeństwem lekomanów. Takie leki jak w Norwegii na receptę, my kupujemy na stacji benzynowej w Polsce. Diagnoza standardowa, że samo przejdzie. Niby taka bzdura, ale jakby się zastanowić za takim podejściem stoi całkiem inny do naszego sposób myślenia o zdrowiu i o swoich obowiązkach. Kto w Polsce miałby czas żeby dwa tygodnie siedzieć na zwolnieniu lekarskim? Które dziecko po dwóch tygodniach przeleżanych w domu dałoby rade nadrobić zaległości w szkole? Myślę, że to co się dzieje u norweskiego lekarza jest poniekąd odzwierciedleniem ich systemu wartości i filozofii "slow life".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trafny komentarz, nic dodać nic ująć !

      Usuń