środa, 17 lutego 2016

"Tak" i "takk", "tak" i "ja", czyli jak język norweski może namieszać Polakom w głowach i o tym, jak zakochałam się w Bergen.



Hei, hei!

Słyszane wszędzie - na ulicach, w sklepach, urzędach, gdziekolwiek pójdziesz i z kimkolwiek będziesz chciał się przywitać. Początkowo trochę szokuje, bo...
to tak jakbyś mówił cześć do nieznajomej staruszki na ulicy, nieznajomej kasjerki w sklepie ze 20 lat od Ciebie starszej albo do pani w urzędzie czy policjanta, ale tak to już jest, że język norweski i jego forma pozwala na bezpośredniość kontaktów i zwracanie się do wszystkich per Ty ("DU" - ang. you). Oczywiście forma grzecznościowa i zwracanie się w trzeciej osobie,  a także miłe "GOD MORGEN" istnieje i jest w użyciu, jednak z tego co zauważyłam używa się ich w sytuacjach naprawdę bardzo formalnych. Panuje raczej swoboda :)

Pierwsze dni mijają mi na poznawaniu miasta, błąkając się po nim z mapą zgarniętą z centrum informacji turystycznej miasta, załatwianiu norweskiego numeru telefonu (nie jest to takie proste jak kupienie karty prepaid w Polsce, tu każdy numer telefonu musi być przypisany do określonego użytkownika, więc rejestruje swój nowiutki numer na moje dane paszportowe w sklepie 7-Eleven, punkcie autoryzowanych przez sieć komórkową "My call"), dostosowywaniu naszego mikroskopijnego hybla  (kawalerki) do stanu, w którym dwie osoby mogą w nim funkcjonować bez szwanku a także na czasochłonnych wizytach w sklepach spożywczych. Z rozpoznaniem warzyw, owoców, pieczywa itp. nie ma problemów (zaczęłabym się poważnie o siebie martwić gdyby były :P), ale obczajenie niektórych etykiet towarów, rozszyfrowanie produktów, opakowań i ich zawartości wymaga trochę uwagi i pracy ze słownikiem. Pierwsze zakupy stwarzają też pierwsze okazje do krótkich dialogów po norwesku...


Rozmowa przy kasie jest bodaj najbardziej schematyczną, jaką tu można przeprowadzić. Wcześniej zostałam uprzedzona przez J. że schemat mniej więcej wygląda tak:

- Hei,hei! / Hallo! / Hei! / God morgen!   (jedna z opcji przywitania do wyboru)
- Vil du ha en pose? (Czy chcesz siatkę?)
- Vil du ha en kvittering? (Czy chcesz rachunek?)
- Tusen takk! / Takk skal du ha! / Takk! (podziękowanie - opcjonalnie przez klienta lub kasjera lub przez oboje)
- Ha det! / Ha det bra! / Ha det godt! (jedna z opcji pożegnania do wyboru)

Rola klienta sprowadza się do przywitania, odpowiedzenia na pytanie o siatkę, rachunek - "tak" lub "nie", podziękowaniu i pożegnaniu. Generalnie prostszej rzeczy nie ma. Hmmmm, nie ma?
W języku norweskim dla Polaka tu zaczynają się schody. Polskie "tak" to po norwesku "ja", a norweskie "takk" to nasze "dziękuję". Moje początkowe dialogi przy kasie często kończyły się więc tym, że odpowiadając na pytanie o siatkę, w głowie mając "Tak, chcę ją!" odruchowo odpowiadałam "tak!" co kasjerzy mogli zrozumieć jako "tak, chcę, dziękuję" albo "nie, nie chcę dziękuję". Wtedy następowało zdanie spoza schematu, wypowiadane przez kasjera, chcącego się upewnić czego wlaściwie chcę, na które to zdanie nie byłam przygotowana i kapitulowałam prosząc o siatkę czy rachunek już po angielsku. Trwało to kilka dni zanim przyzwyczaiłam się, że myśląc "tak" muszę powiedzieć "ja", co z kolei wywoływało kolejne "mind f*ck" bo przecież ja to ja, a nie odpowiedź twierdząca "tak". Generalnie trochę namieszałam ale mam nadzieję, że mnie rozumiecie :P (Swoją drogą ze słowem "takk" (dziękuję) jest kolejny problem, bo z niedbałości powiesz je inaczej, z przedłużonym "a" i wyjdzie słowo "tak" (nasze polskie), które u nich z kolei oznacza dach.... Tak, tak! Dokładnie, początkowo nie do ogarnięcia i mózg... "rozwalony".



Ale dość o językowych zawirowaniach, będzie jeszcze na nie miejsce na blogu. Na czym jeszcze upływały mi pierwsze dni?

Poznawania miasta nie ułatwiała mi pogoda, czekałam więc aż coś się odmieni i zobaczę pierwsze promyki słońca w Bergen. Kapryśna aura kazała czekać mi na to dwa tygodnie od przylotu do Norwegii, kiedy akurat 14 lutego 2015 roku dzień przywitał mnie słoneczną pogodą i bezchmurnym niebem.  Chwyciłam aparat w dłoń i wyruszyłam w miasto. Kolorowe kamieniczki, drewniane domki, rzeźby, fontanny, ulice, dosłownie całe miasto w słonecznym świetle zachwycało i wołało "chodź, zobacz, odkryj mnie, zrób zdjęcie".  Oto efekty mojego spaceru tego dnia:



Dom Bożonarodzeniowy na bergeńskim Bryggen - zabytkowej ulicy miasta składającej się z szeregu hanzeatyckich budynków handlowych. W tym sklepie mikołaje i akcesoria świąteczne sprzedaje się cały okrągły rok! :)



Następnie wybrałam się na Fløyen, jeden z szczytów wznoszących się nad miastem o wysokości 399 m n.p.m. Jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Bergen, na szczyt prowadzą liczne szlaki oraz kolej linowo-terenowa Fløibanen, dzięki której można dostać się tam w 8 minut z centrum miasta! Ja jednak preferuję piesze zdobywanie gór, więc po około pół godzinnym podejściu jestem na miejscu, a moim oczom ukazuje się jeden z najpiękniejszych widoków:






Na szczycie Fløyen witam się też z norweskim Trollem, obok którego znajduje się ogromny plac zabaw, w ciepłe dni tłumnie odwiedzany przez dzieci.

Można powiedzieć, że w dzień Walentynek naprawdę zakochałam się w Bergen. Kiedy ciągle pada bardzo łatwo tu o podły nastrój, ale gdy tylko pogoda się zmieni i zza chmur wyjrzy trochę słońca, uroki tego miasta nie pozwalają Ci pozostać obojętnym :) W takie dni zapominasz o deszczu i cieszysz się pięknem tego miasta i tym, że masz okazję w nim mieszkać.

Pozdrawiam, Ania

2 komentarze: