piątek, 15 kwietnia 2016

Visning, czyli casting na lokatora.



Wraz z decyzją o przeprowadzce do Norwegii, trzeba znaleźć sobie jakieś miejsce do mieszkania. Ci, którzy przyjechali w ciemno, bez pracy, na początku kombinują i śpią w samochodach, namiotach czy w przyczepach kempingowych albo nocują u kogoś znajomego, kto już mieszka w Norwegii i może udzielić im schronienia na kilka nocy. W tym czasie szukają pracy i kiedy ją znajdą, na przykład w firmie bemmaning'owej (taka nasza agencja pośrednictwa pracy), która oferuje swoim pracownikom pokoje w mieszkaniach pracowniczych, problem lokalowy mają rozwiązany. Takie rozwiązanie jest dobre na początek i dla osób samotnych (zazwyczaj facetów), jeśli jednak chcemy znaleźć jakieś mieszkanie do wynajęcia w Norwegii, oznacza to konieczność zapoznania się z pojęciem VISNING i przygotowaniem się do uczestniczenia w nim.

VISNING to termin ściśle związany z procedurą wynajmu mieszkania/domu w Norwegii, i jest to taka wizyta w miejscu do potencjalnego wynajmu, podczas której możesz sprawdzić stan lokalu, jego wyposażenie, lokalizację - generalnie zorientować się, czy oferta internetowa nie odbiega od faktycznego stanu mieszkania, czy lokal Ci odpowiada i czy chcesz go wynająć. To jednak nie wszystko... Bo na visningu właściciel lokalu również sprawdza, czy to Ty odpowiadasz mu jako potencjalny lokator! Dlatego też zazwyczaj właściciel domaga się referencji od naszego poprzedniego wynajemcy, że jesteśmy dobrymi i uczciwymi lokatorami, że dbamy o czystość i stan mieszkania i że można spokojnie powierzyć nam lokal. Tu pojawia się problem kiedy chcesz wynająć pierwsze mieszkanie w Norwegii, bo takich referencji nie masz skąd wziąć... Jasne, że jeśli wynajmowałeś mieszkanie w innym kraju, możesz postarać się o tamtejsze referencje i je przetłumaczyć na język norweski czy angielski, ale tak jak pisałam przy okazji referencji przy okazji szukania pracy - dla Norwegów bardzo liczy się to, co o Tobie powie inny Norweg, więc referencje spoza kraju fiordów nie mają takiej samej wagi. Dlatego warto przed visningiem postarać się o jakąkolwiek pozytywną opinię o nas, na papierze od Norwega - na przykład pracodawcy czy nauczyciela z kursu norweskiego. Warto też zabrać ze sobą umowę o pracę, jako gwarancję tego, że mamy środki na opłatę czynszu i depozytu. A są to niemałe kwoty, bo depozyt to najczęściej równowartość trzymiesięcznego czynszu!

Z góry uprzedzam, że pisząc te słowa bazuję tylko na swoich i J. doświadczeniach z visning'ami w Bergen w tamtym roku, oraz kilku rozmowach z rodakami w Bergen, więc nie jestem w stanie obiektywnie ocenić czy wszystkie przebiegają w ten sam sposób. Możliwe, że tylko my nie mieliśmy szczęścia i trafialiśmy na same "perełki" visning'ów. Teraz tylko się śmiejemy na wspomnienie tego, gdy biegaliśmy od visning'u do visning'u z nadzieją, że w końcu nas ktoś wybierze i pozwoli sobie płacić za wynajęcie mieszkania... Ale wtedy wcale nam do śmiechu nie było.

Ale od początku.

Gdy wynajemca umieszcza w Internecie ofertę wynajmu mieszkania, może ustalić jeden konkretny, jawny termin visnigu i podać go w ofercie - wystarczy tylko pójść we wskazany adres w podanym terminie i możemy oglądnąć lokal. Gdy J. szukał na takich otwartych visningach pierwszego lokum do wynajęcia, czuł się jak w ciasnym muzeum podczas szkolnej wycieczki - tłum ludzi czekających przed mieszkaniem, masa ludzi w środku, oglądających lokal i właściciele, wypytujący poszczególnych chętnych o pracę, referencje itp. Normalny casting na lokatora! W końcu wynajął nasze pierwsze, mikroskopijne mieszkanie, i to przy udziale wielkiego farta. Ja, jeszcze z Polski, przeglądałam również oferty na stronie finn.no i pisałam do wynajemców, którzy terminu visningu nie ustalili, w imieniu J. o zainteresowaniu ofertą oraz o wyznaczenie terminu, kiedy można obejrzeć mieszkanie.



Wiele takich maili pozostało bez odpowiedzi, albo z odpowiedzią "już nieaktualne", aż w końcu odezwał się pan od mikroskopijnego hybla, że właśnie nagle stracił lokatorów i szuka kogoś na podmiankę praktycznie od zaraz. Pan był właścicielem sporej kamienicy z około 20 mieszkaniami w dzielnicy uniwersyteckiej, które wynajmował zawsze od 1 sierpnia, bo wtedy miał czas się tym zająć i miał kilka osób do pomocy, które zajmowały się odbieraniem mieszkań, visningami i podpisywaniem nowych umów. Tak więc gdy nagle lokatorzy zrezygnowali mu w styczniu 2015 chciał znaleźć kogokolwiek "na podmiankę". Tak więc mailowo ustaliłam J. visning tego samego dnia, na który właściciel kamienicy wysłał swoją... "asystentkę"... Tajkę, i to słabo gadającą po angielsku. Miała tylko pokazać J. mieszkanie, dowiedzieć się, czy je bierze i zainkasować depozyt. Żadnych referencji nie wymagała, nie umówiła się z żadnym innym potencjalnym lokatorem. Jako że wcześniejsze poszukiwania się przeciągały, kończyły się fiaskiem, pozostawały bez odpowiedzi lub na visningach było mnóstwo chętnych i J. nie został wybrany na lokatora, zdecydował się na wynajęcie hybelka :) I wtedy mogłam w końcu przyjechać do Bergen, bo miałam się gdzie zatrzymać.

Jednak nie chcieliśmy tam mieszkać dłużej niż do końca umowy, czyli końca lipca. Było za ciasne a imprezujący w okolicy naszego okna studenci czasem nie dawali spokojnie spać w nocy ;) I strasznie darły się tam mewy, strasznie! Wiedzieliśmy więc, że przez mękę visningów będziemy musieli przejść po raz kolejny, tym razem wspólnie. Mieszkań do wynajęcia szukaliśmy już od początku czerwca, chodziliśmy na jawne visningi gdzie na jedno mieszkanie przypadało co najmniej 10 chętnych... I na nasze nieszczęście najczęściej były to osoby, które chciały mieszkania wynająć tylko dla siebie, a każdy wynajemca woli, żeby mieszkanie użytkowała tylko jedna osoba.. Tak więc odpadaliśmy w przedbiegach. Nie bez znaczenia też był fakt, że mieszkaniami zainteresowani byli też Norwedzy, więc my byliśmy już na straconej pozycji... Poza tym właściciel naszego obecnego mieszkania był nieobecny i nie mieliśmy od niego referencji na papierze, tylko numer telefonu pod który ewentualny przyszły wynajemca mógłby zadzwonić by czegoś się o nas dowiedzieć.



W tym czasie oglądnęliśmy chyba z 10 mieszkań, ale najbardziej w pamięć zapadły mi 3 visningi.

Na pierwszy umówiliśmy się w nadziei, że naprawdę coś z tego będzie. Ze zdjęć mieszkanie na parterze w pięknej dzielnicy Nordnes, na urokliwej wąskiej brukowanej uliczce, przedstawiało się bardzo przytulnie, miało nawet swój mały tarasik i było fajnie wyposażone. Pani jednak nie wspomniała o jednym ważnym szczególe... Byliśmy już na miejscu i pokazywała nam poszczególne pomieszczenia. Z korytarza odchodziło czworo drzwi - pierwsze po lewej to była łazienka, z własną pralką i suszarką (trzeba o tym wspomnieć bo wiele mieszkań dzieli wspólną pralnię), drugie drzwi po lewej to była kuchnia, też fajna i funkcjonalna. Drzwi po prawej prowadziły do salonu z alkową sypialną - tez fajnie umeblowaną i dosyć przestronną. Haczyk jednak tkwił w tych czwartych drzwiach, naprzeciwko wejściowych, których Pani nam nie otworzyła i nie pokazała, co za nimi jest. Gdy ją o to zapytałam, powiedziała, że jest tam pokój z osobną łazienką który użytkuje studentka przyjeżdżająca tam co weekend, która musi mieć dostęp do naszego korytarza, żeby móc do tego pokoju wejść. Ale na pewno nie będzie ona nam przeszkadzać bo ona to się tylko uczy i tylko kilka razy będzie musiała przejść przez nasz korytarz jak będzie wychodzić... No tak, teraz już rozumiałam dlaczego w każdych drzwiach były zamki z kluczami... Bez przesady, żebym za każdym razem w weekend miała za sobą zamykać na klucz kuchnię, łazienkę i salon z sypialnią, bo jakaś laska będzie potrzebować naszego korytarza. Mieszkać z kimś obcym a płacić czynsz jak za normalne mieszkanie - sorry, ale nie!

Druga sytuacja była bardzo podobna - właściwie ten sam układ mieszkania, tym razem położonego na najwyższym piętrze w czteropiętrowym budynku, a z korytarza odchodziło czworo drzwi o tym samym rozstawieniu, przy czym pani nie pokazała nam co jest za drzwiami położonym naprzeciwko wejściowych. Zapytana o to, otworzyła je i naszym oczom ukazał się rozległy stryszek z rozwieszonymi sznurkami na pranie. Właścicielka mieszkania wyjaśniła, że do tego stryszku mają dostęp wszyscy lokatorzy budynku, i mogą sobie tu wieszać pranie. Na moje pytanie - ale jak to, każdy ma klucz do mojego mieszkania? Pani stwierdziła że tak, bo tą przestrzeń korytarza musimy pozostawić dostępną dla innych... Że zazwyczaj wcześniej pukają, ale to jest tak samo ich przestrzeń jak moja. Tak więc jeszcze gorzej - perspektywa codziennego przemarszu sąsiadów z koszami z praniem przez nasz korytarz odpadała. Szukaliśmy mieszkania już naprawdę desperacko, bo zostały nam niecałe 2 tygodnie, ale na takie coś nie mogliśmy się zgodzić.



I trzecia sytuacja - otwarty visning, z podaną w ogłoszeniu datą i godziną i organizowany w czasie gdy aktualnie mieszkająca tam rodzina, i to z małym dzieckiem, była w mieszkaniu... Na oglądanie mieszkania przyszło jakieś 20 osób, byliśmy wpuszczani i oprowadzani przez właścicielkę podczas gdy niemowlę płakało wniebogłosy a rodzice starali się je uspokoić. No nie dziwię się młodemu jak przez 2 godziny przez mieszkanie przewinęło mu się tyle ludzi i właziło w każdy kąt... Poza tym mieszkanie było straszną norą.

W każdym razie z tych visningów nic nie wyszło, w końcu jednak dostaliśmy cynk o agencji, która wynajmuje mieszkania w fajnej lokalizacji za przystępną kasę bez żadnych cyrków z visningami, a gdy się do niej udałam znalazłam mieszkanie właściwie tego samego dnia i mam nadzieję, że już więcej nie będziemy musieli przez piekło visningów przechodzić :)

Pozdrawiam,
Ania

11 komentarzy:

  1. my z Adamem byliśmy tylko na 1 visningu u Norków- po tym jednym jedynym wymiękliśmy i znaleźliśmy mieszkanie przez Moją Norw. ogólnie przeprowadzaliśmy sie już...3 razy- pierwszy przymusowy bo wiedzieliśmy ze mamy pierwsze mieszkanie tylko na tygodnie, zamieszkaliśmy u Polaków dzieląc z nimi kuchnię i łazienkę...i przechodząc do swojego pokoju przez salon w którym spało dwóch wynajmujących...do pokoju nawet klucza nie było...na szczęście po 2 miesiącach znajomi dali nam cynk o pokoju u starej Norweżki- pokój bardzo tani i duży ale i ciemny, a kuchnię i łazienkę dzieliliśmy z tymi znajomymi. przeżyliśmy tak 2 lata ale Berit musiała sprzedać dom..i znowu szukanie. Teraz wynajmujemy mieszkanie w domu podzielonym na kilka osobnych mieszkanek. z sąsiadami mamy tylko wspólny korytarz i nasze pralki stoją obok siebie ale jest święty spokój, piękna okolica, blisko centrum i nareszcie duże i widne mieszkanie. mam nadzieję, ze będzie nam dane zostać tutaj na długo bo na prawdę nie mam ochoty znowu się przenosić i nie daj boziu mieszkać w piwnicach czy pojedynczym pokoju...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj to widzę, że też mieliście przeżycie lokalowe... my tego pierwszego hybelka mieliśmy właśnie na poziomie piwnicznym przy bardzo stromej ulicy, nigdy więcej!

      Usuń
  2. My mieliśmy visningi kiedy szukaliśmy mieszkania do kupienia. Obejrzeliśmy tyle lokalizacji, które na zdjęciach wyglądały jak pałace a w rzeczywistości były norami z mrowkami, mchem i wilgocią i to wszystko od 2 milionów wzwyż. W końcu trafiliśmy na mieszkanie idealne, nie liczyliśmy ze wygramy licytacje bo było naprawdę idealne, ale udało się, następnego dnia dostaliśmy SMS, że udało nam się je kupić :) A poprzedni właściciel często pisze do nas pytając co słychać i jak się nam mieszka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To naprawdę fajnie trafiliście :) Mieszkanie do kupienia już musi być idealne, przy wynajmie jeszcze na co poniektóre rzeczy można przymknąć oko ;)

      Usuń
  3. Czyli "nie wszystko złoto, co się świeci z góry"., jak to mawiał Krasicki. Niby Norwegia to raj, ale jak piszecie również mnóstwo przeszkód. Nie wyobrażam sobie mieszać z obcymi ludźmi, więc dla mnie byłaby to udręka. Także cieszę się, że część z Was już ten problem ma z głowy i jakoś warunki lokalowe się poprawiły.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za wartościowy wpis. Być może po kontrakcie au pair będę musiała przeżyć visning. Norwegia to taki sam kraj jak każdy inny: tu tez są uczciwi i krętacze, biedni i bogaci, żebracy i pracujący, karaluchy i ich brak. Cały wachlarz możliwości, jak wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że znalazłaś we wpisie coś przydatnego :) Mogę też poradzić żebyś mieszkania szukała na fb na grupach skupiających Polaków - często ludzie zwalniają mieszkania/pokoje i szukają nowych lokatorów, zwykle te oferty mają niższy czynsz niż na finn.no ;) szukać można też na hybel.no.

      Usuń
  5. Czytam i jestem w szoku. Ja przeprowadziłam się do Bergen 14. marca tego roku. Mieliśmy z mężem sumę pieniędzy na wynajem co najwyżej pokoju. Mimo to znalazłam w takiej cenie dwa mieszkania. Na pierwszym visningu okazało się, że pan podniósł cenę, a drugie mieszkanie wzięliśmy bo jest duże i wymaga niewielkiego remontu - wymiana niektórych mebli i pomalowanie niektórych ścian (reszta jest w boazerii). Nie było żadnych innych ludzi na visningach, tylko my i wynajmujący. Wszystkie pozostałe oglądania pokoi i hybli odmówiłam telefonicznie. Uważam, że wczesna wiosna jest dobrym momentem do szukania lokum w Norwegii. Nie ma wtedy jeszcze turystów ani pracowników sezonowych. Niektóre mieszkania obserwowałam przez wiele tygodni przed przyjazdem i ceny wynajmu malały! Ja moje znalazłam na hybel.no.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam tylko dodać, że w każdym przypadku to ja ustalałam godzinę spotkania kiedy mi pasowało, a potem jeszcze przekładałam na wcześniej :)

      Usuń
    2. Prawdopodobnie chodzi o termin, w którym szukaliśmy nowego mieszkania - przełom czercwa/lipca tamtego roku - ceny najmu były wtedy dużo wyższe niż teraz i zainteresowanych było mnóstwo.

      Usuń