środa, 3 maja 2017

Prom, śnieg, góry, tunele,góry, tunele, jeszcze raz tunele i ... Kolonnekjøring.



Na facebookowym profilu już jakiś czas temu obiecałam, że na blogu pojawi się relacja z podróży do Polski - i z Polski - jaką odbyliśmy w kwietniu w związku ze świętami Wielkanocnymi. Jest o czym pisać, bo i podróż była niełatwa. A mieliśmy ją na własne życzenie.
(Uwaga! Wpis jest długi, bo zdjęć jest dużo, więc jeśli Ci się znudzi czytanie, to choć pooglądaj ;) )


W grudniu w ubiegłym roku pierwszy raz wybraliśmy się w trasę Bergen - Polska samochodem. I wtedy, jak ludzie, nie utrudniając sobie specjalnie życia, skorzystaliśmy z bezpośredniego promu z Bergen do Hirsthals w Danii,a stamtąd już autostradą przez Danię i Niemcy i prosto do nas, pod Kraków. Co prawda wiedzieliśmy, że jest też trasa, która całkiem wyklucza korzystanie z promów, a wiedzie przez Szwecję i zakłada przejazdy dwoma ogromnymi mostami w kierunku Danii, ale - jest ona dużo dłuższa, finansowo najprawdopodobniej wyszłaby podobnie (albo i drożej), czasowo - podobnie lub dłużej, no i nie chcieliśmy się na nią decydować w zimie przez wzgląd na trudne warunki na drodze, szczególnie w przeprawie przez Norwegię i góry. Trochę poczytałam o zamkniętych drogach, zasypanych śniegiem tunelach i podziękowałam. Stanęło więc na 18-godzinnym rejsie promem Fjordline i około 18h w trasie samochodem. Czas spędzony na promie nieco się dłużył, ale wykupując kajutę z łóżkami zyskiwało się wygodne miejsce na sen i odpoczynek przed trasą na kołach i po trasie. I to było dobre rozwiązanie.

Dlaczego więc planując wyjazd na Wielkanoc i przepatrując stronę Fjordline w poszukiwaniu biletów, zainteresowała mnie opcja promu z Langesund pod Oslo do tej samej miejscowości w Danii, Hirsthals? Pewnie dlatego, że bardzo kusiła ceną (kilkakrotnie mniejszą niż prom z Bergen!) i czasem rejsu (tylko 4h, zamiast 18h!). I gdy pomyślałam sobie, że do Langesund musimy dojechać tylko ok. 420km, w głowie szybko obliczyłam że to będzie NA PEWNO KRÓTSZA podróż. No bo przecież przejechanie 420km nie może zająć 14 godzin. No i koszt paliwa na te dodatkowe 450km również będzie niższy niż różnica w cenie biletów promowych. No przecież MUSI TAK BYĆ! Poza tym, cieszyłam się na przejazd tych kilometrów przez Norwegię, gdzie co rusz są piękne widoki, a nie da się ukryć, że przejazd autostradą przez Danię i Niemcy jest nudny a krajobraz nie powala. Urozmaićmy sobie trochę tę podróż! A miał być to kwiecień, miała być wiosna i żadnych problemów na drodze, Po konsultacji z J. padła decyzja o kupnie biletów z Langesund i spróbowaniu wyprawy do kraju tą trasą.



Im bliżej kwietnia tym bardziej zaczęliśmy się zastanawiać nad trafnością decyzji. Google map wyliczało trasę do Langesund na jakieś 7,5h jazdy samochodem bez przerwy. No tak, droga przez Norwegię, nawet z oznaczeniem drogi międzynarodowej, to nie niemiecka autostrada... A wiadomo, że i odpoczynek jest potrzebny. a oprócz tego, na trasie trzeba jeszcze opłacić dwie bramki i przeprawić się innym, krótkim promem, z Tørvikbygd do Jondal. Czyli kolejne dodatkowe koszty. Cóż - decyzja podjęta, bilety kupione, chęć zobaczenia kawałka Norwegii choćby z samochodu jest - jedziemy!

6 kwietnia o 4 rano wyjechaliśmy w trasę. Ciemno, nic nie widać,także te ładne widoki to raczej później pooglądamy... a za Trengereid zaczyna padać śnieg, zakręt na zakręcie, a my chcemy zdążyć na pierwszy prom o 5:50 ze wspomnianego Tørvikbygd. Trasę do Norheimsund pokonujemy szybko bo czas goni ale uff... dojeżdżamy na przystań promową akurat o czasie. Udało się!

Jondal,Odda, i dalej w góry... Wstaje słońce, widoki zza szyby budzą podziw, a im wyżej, tym przybywa śniegu i tunelów.
















Ale trasa jest dobra, drogi odśnieżone, jedzie się dobrze. Mijamy wioski narciarskie, wyciągi, ciągle jedziemy w górę.






















Wtem... wjeżdżamy w kolejny tunel. Ten jest długi, ma jakieś 5,5 km. Nagle się kończy i...


Droga też się kończy. Prawie wpadamy w zaspę od podmuchu wiatru opuszczając tunel. Droga jest nieodśnieżona, zaspy wyższe niż nasz samochód, przeraźliwie wieje a przez przednią szybę nie jesteśmy nawet w stanie ocenić gdzie ta droga jest. No i nikt nie jedzie- ani z naprzeciwka, ani za nami. Stoimy na awaryjnych czekając czy ktoś również będzie się przeprawiał. Po 10 minutach zatrzymał się za nami Norweg, podszedł do nas pytając czy wszystko w porządku. Mówimy, że tak, tylko nie wiemy czy możemy tędy przejeżdżać czy może lepiej poczekać. On powiedział że on jedzie, więc my ruszyliśmy za nim.



















Dobrze było mieć towarzystwo, trzymaliśmy się blisko,tak żeby widzieć światła jego samochodu. Zamieć była jeszcze większa, zaspy jeszcze wyższe, nigdy w życiu nie widziałam tyle śniegu... jechaliśmy w takich warunkach długo, myślę, że około 40 minut. Potem, im niżej, było już tylko lepiej, można było odetchnąć z ulgą. Im bliżej Langesund już były wiosenne krajobrazy, a w samym Langesund przywitało nas słońce, kwitnące drzewa i zielone trawniki. Nie do uwierzenia że jeszcze 3 godziny wcześniej staliśmy w pełnym śniegu nie wiedząc, czy dotrzemy na prom!





















Prawie jak Bergen! :) ale wyobraźcie sobie nasze miny gdy przeczytaliśmy Bergen i myśleliśmy, że zatoczyliśmy kółko...







Na promie przyjemnie choć ciężko wypocząć po takich przeżyciach. Nie spodziewaliśmy się takich warunków na drodze. Przychodzi nam do głowy myśl odpuszczenia zakupionego już biletu w trasę powrotną i zakupienie nowego, już bezpośrednio do Bergen. Ale... przecież wracamy za 2 tygodnie, pogoda się poprawi, już nie będzie trzeba się tak spieszyć bo nie będzie trzymać nas godzina odpłynięcia promu... damy radę!

( A teraz trochę zdjęć z promu, żeby oczy odpoczęły od oglądania śniegu i zdjęć zza samochodowej szyby :P)


























Tak więc 2 tygodnie później, w piątek 21 kwietnia, po przejeździe przez Niemcy i Danię pakujemy się na poranny prom na trasie Hirthals - Langesund. W Langesund wita nas słońce, ciepły wiaterek, bezchmurne niebo i dawno niewidziany kuzyn J. Z chęcią zostalibyśmy u nich dłużej, ale na drugi dzień mam być w pracy. Trzeba więc ruszać w trasę. Bacznie obserwujemy krajobraz, ale im wyżej pniemy się w górę, uspokajamy się. Śnieg znacznie stopniał w stosunku do tego co pamiętaliśmy sprzed dwóch tygodni, a i słoneczku przyświecało :)



















No i sporo aut jechało z naprzeciwka jak i przed nami i za nami. Byliśmy dobrej myśli... Mijaliśmy nawet tablice informacyjne które głosił że tunele są otwarte. A dobrej myśli byliśmy dlatego, że nie znaliśmy określenia "kolonnekjøring", które na tej tablicy też widniało... Gdy wjechaliśmy w kolejny tunel, gdzieś około godziny 19 i przed miejscowością Haukelifjell, zaskoczeni musieliśmy hamować bo w tunelu stała kolejka aut...


Stoimy więc i czekamy razem. Trochę zaniepokojeni. Po pół godzinie J. poszedł na zwiady. Dotarł do pierwszych aut w kolejce na początku tunelu. I przychodzi ze smutną wiadomością, iż ci z aut na początku już czekają ponad 3 godziny na przejazd bo za tunelem szaleje śnieżyca, droga jest oblodzona, silny wiatr, i auta są przeprowadzane w kolumnach, tylko w jednym kierunku jazdy, a kolumnie przewodzą i zamykają ją auta nadzorujące i sprawujące bezpieczeństwo. Właśnie to oznaczało tajemnicze słowo kolonnekjøring... Byliśmy zmęczeni, podróżowaliśmy od poprzedniego dnia godziny 11, więc już byliśmy w trasie 32 godziny...Do domu mieliśmy jakieś 200km a do ostatniego promu z Jondal, na który musieliśmy zdążyć, jakieś 2,5h i 150km... Nie było szans na niego zdążyć. A następny rano. A ja rano mam być w pracy... Na mapie zaczęłam szukać jakiegoś objazdu, by tego promu uniknać, i był. Trzeba dołożyć nieco kilometrów, i zapłacić 150 koron za przejazd mostem Hardangerbrua, no ale jest. Co z tego, jak nadal staliśmy w tunelu i tak czy siak musieliśmy czekać na naszą kolej przejazdu, bo innej drogi nie było. Zawróciliśmy by wydostać się z tunelu bym mogła złapać zasięg i powiadomić szefową, że do pracy na pewno nie dotrę. I wróciliśmy do tunelu spowrotem, bo w tunelu cieplej... Około godziny 23 coś się ruszyło. Jest! Puszczają auta z naszego kierunku! Uruchamiamy silnik pełni nadziei. Posuwamy się do przodu, kolejne samochody opuszczają tunel, jednak pan kierujący ruchem zatrzymuje tira który stoi przed nami. Koniec kolumny. My jedziemy w następnej turze... I tak doczekaliśmy do 1 w nocy. Coś się dzieje, panowie z obsługi budzą kierowcę tira żeby ruszał. Ale najpierw, jako pierwszy pojazd, tzw. ledebil, pojedzie pług śnieżny, który na bieżąco będzie  torował drogę... a więc jedziemy! Po ponad 6 godzinach w tunelu jest szansa że się wydostaniemy z gór!


Wyjeżdżamy. Na zewnątrz jest już ciemno, więc jedyne co widzimy to światła tira i pługu przed nami, oblodzoną drogę, i masy śniegu które lądują na przedniej szybie i każą wycieraczkom pracować na najwyższych obrotach. No i widzimy wskaźnik prędkościomierza - jedziemy 20km/h a i tak wiatr co jakiś czas zarzuca nam autkiem i ślizgamy się na drodze jak szklanka...







































W takim konwoju jechaliśmy długo,długo. Z 40 minut co najmniej. Potem nasz pojazd prowadzący (ledebil) nas zostawił i resztę drogi jechaliśmy sami. Tir, który był przed nami, rozwinął większą prędkość, ale my nadal ostrożnie, tymbardziej że śnieżyca i ślisko było nadal. I tak zjeżdżaliśmy z gór, po zakrętach, ośnieżonych i oblodzonych drogach, umęczeni. Potem objazd wzdłuż fiordu, po wąskich i krętych uliczkach, wszystko po ciemku więc widoków brak, potem przez Hardangerbrua, długie, puste tunele, a w nich ronda(!)





i już już, prędko prędko, na 7 rano w sobotę byliśmy już na naszym Fyllingsdalen. Po 44 godzinach podróży. Spaliśmy dobę. Nieprzerwanie.


Wnioski:


  • Norwegia pięknym krajem jest, ale te widoki co to je niby mieliśmy podziwiać przez 420 km w trasie to jednak nie do końca tak było, skoro połowę z tej trasy to po ciemku pokonaliśmy, albo wszystko było ukryte pod grubą wartwą śniegu.


  • Co tanio to drogo - prom z Langesund tańszy jest rzeczywiście - ale doliczając koszty dodatkowej krótkiej przeprawy promowej, bramek, przejazdu przez Hardangerbrua i paliwa, prawdopodobnie podróż wyszła nas tak samo albo drożej - nie liczyłam, nie chcę się dodatkowo denerwować.


  • Przez 4h podróży na promie człowiek nie jest w stanie odpocząć.


  • Cudownie jest mieć wykupioną kajutę i płynąć w spokoju promem przez 18 godzin!
  • Warto znać  słowo kolonnekjøring i sprawdzać stronę Statens Vegvesen o stanie przejezdności dróg w Norwegii.
  • Dobrze by było mieć w aucie łopatę, latarkę i dodatkowy kanister z benzyną.
  • Fajnie, że mieliśmy co pić i jeść w aucie i zimowe kurtki by się okryć. Plus dla nas! +
  • Dobrze jest w przypadku czekania na przejazd przez góry stać w tunelu bo jest cieplej i nie trzeba stać na zapalonym silniku by się ogrzać.

  • Haukelifjell - jechać tamtędy tylko w lecie, i to jeśli to absolutnie konieczne !!!


  • Trzeba było zostać u kuzyna tę nie spieszyć się do roboty do której i tak nie dotarłam :P



Pozdrawiam,
Ania

4 komentarze:

  1. Ale podróż z przygodami! Ja uwielbiam jezdzic przez Haukelifjell i Hardangerviddę ale tam to nawet jak jedziemy w maju/czerwcu to często łapie nas śnieg :) mogę Ci sprzedać dobry pomysł na następną wyprawę :) Color Line z Kristiansand do Hirtshals też 4 godziny a ceny wiele niższe niż przereklamowany Fjordline :) no i widoki piękne i szybko się tam jedzie :) my wyjeżdżamy rano z Bergen, w Kristiansand jesteśmy około 14, nocujemy w Quality Hotel obok przystani a rano o 6 prosto na prom :) i około 10.30 suniesz już dunskimi autostradami :) naprawdę polecam :) (jeśli nocleg w hotelu odpada, to jest jeszcze jeden prom chyba około 16 :) (o ile nie zmienili rozkładów) Nok om det! dobrze, że dotarliście bezpiecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy kartę fjordline i z tego co widzę na stronie to i tak podróż z Langesund wypada korzystniej finansowo ;) ale dzięki za pomysł:* może jak kiedyś znów zachce mi się jechać niestandardowo to skorzystam, ale po ostatnim - nei, takk! Tylko prom z Bergen - lub samolot :)

      Usuń
  2. tylko TT-Line z Trelleborga do Swinoujscia. Krócej, mozna kupic bilet w pakiecie z kabinami, droga w wiekszosci autostrada, trasa E16 i Rv7 biegnie u podnóza gór, nawet zima dobrze sie jedzie. widoki, Oslo po drodze do zwiedzania. cud, miod i orzeszki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trasa do rozważenia - ale mieszkając w Polsce południowej trzeba się dobrze zastanowić nad Świnoujsciem ;)

      Usuń