środa, 1 listopada 2017

Droga Trolli i fjord Geiranger w weekend. Da się! :)


Witajcie!

Który to już raz zacznę przeprosinami za długą przerwę między postami? Na pewno nie jest to pierwszy :P Tym razem powód był konkretny - przygotowania do ślubu i wesela. Kto przeżył lub aktualnie przeżywa - ten zrozumie, że czasu wolnego rzeczywiście wtedy brakuje, a gdy już jest to i tak myśli krążą wokół Wielkiego Dnia. Z tego też powodu blog nieco leżał odłogiem, profil na facebooku jeszcze nieco podrygiwał... a potem już przestał. Na szczęście wszystko zakończyło się sukcesem, a czas przygotowań jak i ślub i wesele pozostaje już tylko wspaniałym wspomnieniem :) i można wrócić do blogowania. 

W tym wpisie cofnę się jeszcze w czasie do ostatnich podrygów tego lata, ostatniego weekendu sierpnia, w którym uskuteczniliśmy nasz szalony pomysł wyprawy na oddaloną od nas oprawie 500km Drogę Trolli i majestatyczny fjord Geiranger.

Czemu szalony? Bo spontaniczny, zaplanowany wieczorem dzień przed wyjazdem, pod wpływem pozytywnych prognoz pogody (weekend, CAŁY WEEKEND SŁOŃCA!). Szalony też dlatego, iż postanowiliśmy sprawdzić czy nasze kombi nada się jako miejsce na nocleg podczas wyprawy. Piątek spędziliśmy w pracy, wróciliśmy do mieszkania, szybkie pakowanie, następnie zakupy, i już prędko, prędko, przed 20 wyjechaliśmy z Bergen w kierunku na północ. Wiedzieliśmy, że czekają nas dwie przeprawy promowe, pierwsza z Ytre Opppedal do Lavik po przejechaniu ok. 200 km, ale... nie sprawdziliśmy o której odpływa ostatni prom i czy się wyrobimy, czy będziemy zmuszeni obozować w focusie już w Oppedal. Mamy jednak szczęście i dotarliśmy tam 15 minut przed ostatnim rejsem. Kontynuowaliśmy podróż do około godziny 2 w nocy, gdy w otaczającym nas mroku dostrzegliśmy dość rozległy parking gdzie stał kamper. Postanowiliśmy tam się zatrzymać, rozłożyć śpiwory i wypróbować nasz zmotoryzowany "hotel". Muszę przyznać, że nie wierzyłam, że to się uda, ale po złożeniu siedzeń, wyeksmitowaniu wszystkich bagaży na przednie siedzenia, to udało nam się spać normalnie wyprostowanym i było całkiem wygodnie. A gdy się obudziliśmy, przywitał nas taki widok z okien:


Było jednak trochę zimno na śniadanie w plenerze (ahh te sierpniowe mroźne poranki w górach) więc pojechaliśmy dalej. Znaleźliśmy miły parking z ławeczkami i tabliczką oznajmiającą, iż jest tu ładny punkt widokowy. Z parkingu widok przedstawiał się tak:


Całkiem przyjemnie gdyby nie te drzewa... Nie przeszkadzało to jednak dwóm autokarom z azjatyckimi turystami zatrzymać się koło nas, a każdy z wysiadających robił zdjęcia fiordu zza drzew. Nie chciałam nic mówić, ale wystarczyło zejść 50 metrów niżej i widok przedstawiał się tak:


 Lepiej prawda? ;) Nikt jednak za mną nie podążył. Autokar zatrzymał się wyżej, turyście wyszli, przeszli 5 metrów wrzód, cyknęli fotki i wrócili na swoje miejsca.

Po śniadaniu zjeżdżamy w dół, by po jakimś czasie znaleźć się już w miejscowości Olden, urokliwej ale bardzo zatłoczonej przez turystów. Jak się okazało, można z niej wybrać się na wycieczkę na lodowiec Briksdalsbreen, ale mieliśmy tylko 2 dni i plan dotrzeć na Drogę Trolli, więc na lodowiec nie starczyłoby już czasu. Może następnym razem... ;)






I znów pniemy się w górę, coraz częściej mijając takie kamienne kopczyki.


Nie skracaliśmy trasy jadąc przez tunel, który odarł by nas z podziwiania widoków. Postanowiliśmy pojechać słynną, starą górską drogą Gamle Strynefjellsvegen. Została ona zbudowana w 1884 roku dziełem jedynie rąk ludzkich i jeszcze jakiś czas temu stanowiła jedyną alternatywę by przeprawić się przez góry. Niektóre odcinki są asfaltowe, a niektóre szutrowe. Co ważne - trasa jest otwarta jedynie od czerwca do późnej jesieni, w resztę roku należy przeprawiać się przez góry jedynie przez tunel. Trasa przebiega wśród licznych jezior, których lazurowy odcień i przezroczystość budzi szczery podziw. Trasa ma około 30 km i na całym odcinku mijaliśmy sporo rowerzystów i kamperów (o tak, kamperów była cała masa, więcej niż samochodów osobowych!). Krajobrazy są cudowne, ośnieżone szczyty, pasące się owce i krowy, i te jeziorka.... Wzdłuż drogi zlokalizowany jest też letni ośrodek narciarski!





Przerwa na obiad musi być. Jednorazowy grill i parówki z grilla nad rwącą górską rzeką - oto jest przygoda! :)






Ten kolor wody... aż nierealny! Najchętniej robiłabym zdjęcie za zdjęciem. Niestety wtedy wycieczka nie trwałaby dwa dni tylko... miesiąc. Zdjęcia robiłam więc z okna podczas jazdy, czyli tak jak często je robię tu w Norwegii ;)







 Wjeżdżamy do okręgu docelowego - "województwa" Møre og Romsdal.


I już za niedługo obszar Geiranger fjordu.... :)



Stanęliśmy przed dylematem na rozstaju dróg - jechać prosto do miejscowości Geiranger, by zdążyć przed zachodem słońca i podziwiać widoki znane ze słynnego norweskiego filmu "Fala" z zeszłego roku, czy wcześniej skręcić na prywatną, płatną drogę, prowadzącą na szczyt Dalsnibba i pokonać 1500 metrów różnicy wysokości i stanąć naszym "hotelo-autem" na podniebnym parkingu i zobaczyć Gerinager z góry. i... Skręciliśmy w lewo.


Przejazd kosztował nas 130 koron, ale było warto! Droga robi piorunujące wrażenie. Masa zakrętów, duża różnica wysokości i... wspaniałe widoki. Wspaniałe !





 Tam w dole widać wody fjordu Geiranger. Tam zmierzamy!





Na szczycie znajduje się platforma widokowa, sklepik oraz lornetki do obserwacji okolicznych szczytów.

Co do samej platformy... Nie bałam się na nią wejść, oszołomiona krajobrazami patrzyłam w dal, dopóki J. nie powiedział "tylko nie patrz w dół"! Co więc zrobiłam? Popatrzyłam w dół, a tam... przepaść!








Powrót w dół tą samą drogą - na szczęście w ramach tej samej opłaty biletowej. Jest pięknie ale szkoda by było stracić kolejne pieniądze jeszcze zanim dojedziemy do Geiranger ;)




Uwaga, zakręt. Ostry zakręt!


Parking, na którym byliśmy znajduje się na szczycie tej góry. Robi wrażenie po pół godzinie zjazdu zadrzeć głowę w górę i pomyśleć "to my tam niedawno samochodem wjechaliśmy?". Niesamowite :)


A to już urokliwa miejscowość Geiranger, jedna z największych atrakcji turystycznych Norwegii. To tu wpływa fjord o tej samej nazwie, znany z tego, ze... jest znany. Żartuję ;) Znany jest bo jest najbardziej majestatyczny, najbardziej urokliwy, najbardziej rozpoznawalny i wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Do miejscowości Geiranger dotarliśmy niestety na tyle późno w sobotni wieczór, że słońce już nie przedzierało się przez okalające ją szczyty. Postanowiliśmy zatrzymać się na odpoczynek w wiosce, a na podziwianie słynnego widoku wrócić nazajutrz w drodze powrotnej.






 Kojarzycie ten norweski film "Fala"? Wspominałam o nim na facebookowym profilu. Nie chcę streszczać fabuły, film jest warty obejrzenia i serdecznie go polecam. No chyba że bardzo boicie się filmów katastroficznych ;) Część akcji filmu toczy się w Hotelu Geiranger, w którym pracuje na recepcji jedna z głównych bohaterek. Obadaliśmy hotele w wiosce i ten najbardziej pasuje do portretu pokazanego w filmie. Nie mogliśmy się więc oprzeć by nie wejść do środka i napić się kawy :)


Miejscowość Geiranger, okalana z każdej strony górami, ze słabym dostępem do słońca, nie wydawała nam się dobrym miejscem na przetrwanie drugiej nocy w samochodzie. Dlatego postanowiliśmy jechać dalej, w kierunku Drogi Trolli, by nazajutrz obudzić się w pobliżu naszego turystycznego celu.

Znów czekała nas wieczorna przeprawa promowa po ciemku, a miejsce na nocleg znaleźliśmy na przydrożnym parkingu przy rezerwacie Gudbrandsjuvet. Na parkingu stało kilka kamperów, a sam parking wyposażony był też w toaletę dla turystów. Prysznica nie było, ale duża umywalka i lustro wystarczyło na poranną toaletę ;) Mroźnym rankiem pospacerowaliśmy po pomostach zainstalowanych nad rzeką, która w tym miejscu tworzy niesamowite wodospady, a swoją siłą spadania wyrzeźbiła bardzo ciekawe formy skalne. Pomosty są dobrze zabezpieczone barierkami i tworzą system ciekawych korytarzy nad szalejącą pod nimi rzeką. Spacer po tych pomostach to było prawdziwe przeżycie. I bardzo mokre przeżycie, bo wszędzie unosiły się krople wody z wodospadów.








Pojechaliśmy dalej, już w kierunku Drogi Trolli. Krajobraz staje się bardzo surowy, wszędzie skały i skały, a pomiędzy nimi jasne słońce zapowiadające piękny dzień.



I ta poranna mgła w dolinie... Bajka.


Postanowiliśmy najpierw przejechać Drogą Trolli w dół, a potem już w drodze powrotnej stanąć na platformie widokowej by zobaczyć ją z góry. Co do samej drogi, to jest ona bardzo wąska, bardzo stroma i ma masę, dosłownie masę zakrętów. Patrząc z góry przypomina serpentynę, lub, jak mówią, drabinę, stąd alternatywna nazwa atrakcji - Drabina Trolli.

Na trasie co rusz trzeba było uważać na samochody i autokary jadące z dołu i przytulać się do skał by zrobić sobie miejsce na mijanie. I uważać trzeba było też na stałych "lokatorów" drogi - owce, które nic nie robiły sobie z tego że znajdują się na drodze będącej jedną z największych atrakcji turystycznych Norwegii, i w najlepsze chodził sobie po niej leniwie szukając skąpych kępek trawy.







Ten mostek wyglądał wręcz nierealnie. Aż trudno uwierzyć ile dziennie (w sezonie) przekracza go samochodów i autokarów. My byliśmy bardzo wcześnie, koło godziny 8 i już zmotoryzowanych turystów było sporo...


Co tu napisać? Na zdjęciach to i tak nie robi takiego wrażenia jak na żywo. Cieszyliśmy się jak dzieci patrząc na ten cud natury ujarzmiony przez ludzi którzy zbudowali ten bajkowy mostek by można było przeprawić się na drugą stronę.



Przed wjazdem na Drogę Trolli (od dołu) stoi słynny, jedyny na całym świecie (jeśli wierzyć Internetowi) znak drogowy "Uwaga Trolle!". Punkt obowiązkowy programu. Ci, którzy obserwują mnie na facebooku już zapewne widzieli, że moje zdjęcie z tym znakiem stało się nowym zdjęciem profilowym ;)



Jest i sklepik z pamiątkami. Akurat znaleźliśmy się tam 2 minuty przed jego otwarciem o godzinie 9. Grzech było nie wejść ;) A że uwielbiam zbierać pamiątkowe magnesy na lodówkę, wyszłam ze sklepiku z tym :



A w pobliżu sklepiki trzygłowy Troll. Widziałam go już wcześniej na zdjęciach, ale zobaczyć na żywo to zupełnie inne przeżycie. Jak wszystko :)



A to już górny parking, przed platforma widokową skierowaną na Drogę Trolli. Cywilizowane toalety z bieżącą wodą w takim miejscu, pośród skał, wodospadów, mają też w sobie coś nierealnego, gdy przypomnę sobie swoje wędrówki po surowych polskich Tatrach, gdzie samochodem nie wjedziesz. I całe szczęście. Tatry są tak unikalnym obszarem że nie można go psuć w ten sposób. Ale w Norwegii to inna sprawa, cały kraj to góry, doliny i skały, jakoś trzeba się tu poruszać xD






I tak Droga Trolli wygląda z góry.



Platforma widokowa cieszy się wielkim zainteresowaniem turystów. Po pierwsze - jest świetnie usytuowana w stosunku do drogi, można zrobić świetne zdjęcia, w części przedniej jest przeszklona co potęguje wrażenie przebywania nad przepaścią i też pozwala na wykonanie ciekawych ujęć, i ma ciekawy, nieregularny kształt... i wejście na nią jest całkowicie darmowe.



Droga Trolli w całej okazałości. Robi wrażenie, prawda? :)






Częsty obrazek podczas całej podróży. Kamper + owce.






Tak wyglądałam przez większość trasy. Z aparatem, przy odsłoniętej szybie, robiąc kolejne zdjęcia mijanych krajobrazów;)


W drodze powrotnej w końcu pierwsza przeprawa promowa przy dziennym świetle!





I oto on. Fjord Geiranger, mówiłam, że to wrócimy. Jest dzień, jest słońce, są te długo wyczekiwane widoki! <3 Zostawiam Was z nimi. 




Przewijaj dalej....






Oto i on. Piękny, majestatyczny, fjord Geiranger widziany z punktu widokowego Flydalsjuvet.




Nie mogłam się powstrzymać. Instrukcja jak używać toalety zawieszona nad sedesem przy punkcie widokowym. ....



I znów jedziemy w górę, zakrętami, żegnając wzrokiem obszar Geiranger. Chcielibyśmy kiedyś tu wrócić :) a tymczasem ruszamy w drogę powrotną, jest niedzielne przedpołudnie a w poniedziałek trzeba stawić się w pracy.





Zatrzymujemy się już tylko na krótkie odpoczynki, nie przeszkadza to jednak nadal robić zdjęć z okna samochodu zapierającym dech w piersiach widokom.


Jak nie owce to krowy. Tu przed samym wjazdem do długiego, kilku-kilumetrowego górskiego tunelu.










Popatrzcie jak pięknie góry odbijają się w wodzie...






A tu, jak głosi tablica, rozpoczyna się odcinek drogi o zaszczytnym tytule "Najgorsza droga w Norwegii". Najgorsza bo w budowie, ale przejechać się da ;)



Pogoda jakby wiedziała że wyjeżdżamy, i żeby nam żal nie było, to nagle zaczęła się psuć, przyszło sporo chmur, które całkiem zasłonił słońce....





Przejeżdżając przez miejscowość Byrkjelo z okna samochodu wypatrzyłam park figur i rzeźb. A że trzeba się było zatankować to... zostawiłam męża na stacji benzynowej a sama poszłam na drugą stronę ulicy zobaczyć co tam mają ciekawego ;)











Moją uwagę zwróciła instalacja pod nazwą "Kelner w Paryżu". Bardzo wymowna.




I to jedno z ostatnich zdjęć zanim zaczęło padać. Do Bergen dojechaliśmy wieczorem. Zmęczeni, może trochę niedospani, nie dokońca czyści po dwóch nocach w samochodzie, ale za to jacy szczęśliwi, z jakimi wspomnieniami i przeżyciami. Kolejne z miejsc na mapie Norwegii do kolekcji :)


Teraz już tylko deszczowe dni, ciemna jesień a potem zima i wyczekiwanie na pojedyncze dni słońca. I na kolejne lato, które oby przyniosło jeszcze wiele możliwości by ujrzeć cuda natury które oferuje ten piękny, dziwny kraj :)

Pozdrawiam Was serdecznie,
Ania

3 komentarze:

  1. Piękna wycieczka. Ta cała droga Troi jest dość przerażająca dla mnie... Tyle zakrętów :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budzi respekt, fakt. Trzeba uważać na tych zakrętach, choć z drugiej strony czlowiek jest tak oszołomiony widokami w tamtym miejscu że nie ma kiedy myśleć o strachu ;-)

      Usuń
  2. Moje ulubione miejsca :) nie wiem ile razy juz tam byłam i znowu che mi się tam pojechać :)

    OdpowiedzUsuń